Boję się porażki

boję się porażki

Do tej pory byłam przekonana, że nie robię niektórych rzeczy, bo boję się odnieść sukces. To tak mądrze brzmi. Zawsze lepiej, niż mówienie, że boję się porażki. No bo przecież kto ponosi na tym świecie porażki? Tylko jakieś totalne pierdoły i, za przeproszeniem, debile. Za ten lęk przed sukcesem jeszcze dzisiaj rano dałabym sobie rękę uciąć. Teraz pisałabym to jedną ręką.

Od zawsze kiedy tylko pamiętam, od najmłodszych lat, starałam się być w czymś dobra. W czymkolwiek, byle tylko móc pokazać sobie i (chyba przede wszystkim) innym, że potrafię. I żeby ktoś mi powiedział, że rzeczywiście potrafię i że jestem w tym dobra.

Nie ponosi porażki tylko ten, kto nic nie robi. Click To Tweet

Teraz, kiedy wpadam na jakiś genialny plan – dosłowny przebłysk geniuszu, który naprawdę byłby super i sprawił mi masę radości podczas przygotowań a późnię niesamowitą dumę, że zrobiłam coś fajnego, odpuszczam natychmiast. No dobra. Żeby nie było, że się nie staram. Przecież muszę znaleźć jakiekolwiek usprawiedliwienie, bo inaczej będzie na mnie, że nawet nie spróbowałam. Przykład? Proszę bardzo. Najświeższy.

Ze dwa-trzy dni temu zobaczyłam pod blokiem stary stojący wieszak na ciuchy. Nawet w dobrym stanie, tylko że stary. Od razu pomyślałam, że przecież chciałam mieć na blogu coś o DIY, jakiś wnętrzarski motyw a i przecież lubię takie manualne wyzwania. Zrobiłam cały, bardzo szczegółowy research – krok po kroku, czego potrzebuję do odnowienia wieszaka. Opisałam to ładnie, zaplanowałam ozdóbki, wyobraziłam sobie efekt końcowy – wyszłoby super i to naprawdę przy niewielkim wysiłku. Nawet chciałam go później puścić na jakimś alledrogo czy innym oeliksie, bo w moim mieszkaniu każdy 1cm2 jest na wagę złota a dodatkowy grosz też by się przydał.

Tutaj jest miejsce na „ALE”

No i miejsce na moje superniepodważalneusprawiedliwienie. Gotowa? Nie przyniosłam go do domu! Genialne, co nie? Ale czekaj, czekaj. Takie zwykłe nieprzyniesienie nie jest dobrą wymówką. Ja go planowałam przynieść codziennie. Codziennie rano wychodziłam z psem, patrzyłam na wieszak i mówiłam sobie „teraz nie mam czasu, wieczorem go wezmę”. Wieczorem wychodziłam z psem, patrzyłam na wieszak i mówiłam sobie „kurde, zmęczona jestem, jutro rano go przyniosę”. Z tyłu głowy siedziało mi, że przecież co jakiś czas jeździ śmieciara i zabiera takie graty. No ale przecież zdążę. I dzisiaj wieczorem też wyszłam z psem i już planowałam, czy wezmę go dzisiaj, czy może jutro, ale wieszaka już nie było.

I kiedy patrzyłam na miejsce, w którym stał jeszcze dzisiaj rano zdałam sobie sprawę, że może to w sumie dobrze. Bo gdybym go wzięła, to przecież nie zaczęłabym go odnawiać. Zajmowałby tylko miejsce, którego i tak nie ma. Zajmowałby to miejsce do momentu, kiedy zaczęłabym mieć go dosyć i wyniosła na śmietnik. Bo przecież i tak nie udałoby mi się nic z nim zrobić. Poniosłabym porażkę.

Porażkę, której się boję

Mam zaczętych kilka super projektów, które też niepotrzebnie przeciągam w czasie. Z jednej strony jestem przeszczęśliwa, że zaczęłam i robienie tego przynosi mi ogromną satysfakcję, ale z drugiej strony im bliżej do ich zakończenia, tym bliżej do ewentualnej porażki. Bo efekt końcowy może się okazać dużo gorszy od moich planów i wyobrażeń. I w moich oczach okażę się osobą, której nic nie wychodzi, która niczego nie potrafi zrobić dobrze i która do niczego się nie nadaje.

Wydaje mi się, że wszystkim na około wszystko przychodzi z taką łatwością i jakby samo. Co chwila widzę, słyszę i czytam, że ktoś coś zrobił fajnego i reszta ludzi patrzy na to i się cieszy, że rzeczywiście jest fajnie. Wiem, że to może trochę przekłamane, bo raczej mało kto się chwali tym, co mu w życiu nie wyszło. Z drugiej strony mam świadomość, że gdybym tylko coś zrobiła, to też byłoby fajnie i też mogłabym się tym pochwalić.

Ale przecież zawsze może nie wyjść. Może się nie udać.

Teraz, kiedy zyskałam świadomość o moim lęku, boję się głównie tego, że wszystkie moje dobre pomysły przepadną gdzieś zapisane na dysku laptopa, bo nie będę w stanie ich zrealizować. Równie dobrze mogłabym już nic więcej nie wymyślać i nie tracić czasu na coś, czego i tak nie zrobię. Bo za bardzo boję się porażki.

Wybrane dla Ciebie:

  • Jestem zwolenniczką działania, należę zresztą do osób zadaniowych. Jeśli czegoś nie spróbujesz, to nawet nie dowiesz się, że potrafisz to zrobić. Przez działanie poznajesz swoje możliwości, to dlaczego skazywać się od razu na niepowodzenie? Inni też miewają podobne wątpliwości, ale mimo to działają i na pewno są tacy, którym nie jest łatwo, ale próbują. Pokonują lęki i bariery. Ty też spróbuj. I nie myśl za dużo, nie rozkładaj na czynniki pierwsze, nie analizuj zbyt długo – po prostu działaj.

  • Wbrew pozorom, ten proces dotyczy nas wszystkich i – wbrew pozorom – wcale nie jest taki zły, jak się wydaje. W ten sposób, zatrzymując się tuż przed wykonaniem jakiegoś zadania, jeszcze raz oglądamy i analizujemy, czy to projekt warty naszej energii. Może tak np. docenić, że to robisz? :)

    • Ciekawe spojrzenie. Nie myślałam o tym w ten sposób.